Jarosław Łukomski nie dowiedział się o tym od prawnika. Dowiedział się, gdy znajomi zaczęli mu mówić, że słyszeli go w reklamie pewnej spółki wodno-kanalizacyjnej. Reklamy, do której nigdy nie zasiadł przed mikrofonem. Kontraktu, którego nigdy nie podpisał. Wynagrodzenia, którego nigdy nie zobaczył. Ktoś sklonował jego głos przy pomocy AI i puścił go w płatnej kampanii marketingowej – jakby to była normalna robota do odrobienia.
Łukomski to jeden z najbardziej rozpoznawalnych lektorów w Polsce. Jego głos jest narzędziem pracy i elementem tożsamości zarazem. W listopadzie 2025 roku złożył pozew w Sądzie Okręgowym w Warszawie. Był to pierwszy taki pozew w historii polskiego sądownictwa. Precedens, który może zmienić zasady gry dla tysięcy aktorów, lektorów, dziennikarzy, influencerów – i tak naprawdę dla każdego z nas.
Głos jako dźwięczny wizerunek
Zanim wejdziemy w gąszcz przepisów, warto zrozumieć jedno: głos był przez bardzo długi czas prawną niczyją ziemią.
Twarz jest chroniona. Nazwisko jest chronione. Fotografii nie możesz bez zgody kogoś puszczać w reklamach. Ale głos? Polskie prawo autorskie przez lata nie wymieniało go wprost jako czegoś, co podlega osobnej ochronie. Prawnicy musieli więc posługiwać się pojęciem dóbr osobistych z Kodeksu cywilnego – artykuł 23 wymienia je ogólnie: cześć, wizerunek, prywatność. Głos włączono do kategorii wizerunku tylko przez orzecznictwo, drogą okrężną.
Prawnicza formuła, która z tego powstała, brzmi niemal poetycko: głos to dźwięczny wizerunek człowieka. Jego obraz odbierany za pomocą słuchu. I tak jak wizerunek wizualny – podlega ochronie, o ile jest rozpoznawalny dla osób trzecich.
Problem pojawia się, gdy zrozumiemy, co to znaczy dziś być rozpoznawalnym.
Trzy tysiące słów wystarczy
Do sklonowania głosu potrzeba dziś próbki krótszej niż trzy tysiące słów. To mniej więcej tyle, co jeden dłuższy artykuł prasowy przeczytany na głos. Im większa próbka, tym dokładniejszy efekt – ale nawet te kilkadziesiąt minut materiału audio, które każdy znany lektor lub aktor zostawił w Internecie, wystarczy, by współczesny model AI odtworzył nie tylko barwę głosu, ale też jego intonację, rytm mówienia, charakterystyczne maniery językowe.
Efekt jest niepokojąco przekonujący. Przeciętny słuchacz nie odróżni klonu od oryginału.
I właśnie to jest sedno problemu prawnego: decydujące znaczenie ma nie to, czy użyto „prawdziwego” głosu, lecz to, czy odbiorca mógł odnieść wrażenie, że ma do czynienia z konkretną osobą. Jeśli tak – mamy potencjalne naruszenie dóbr osobistych. Jeśli sklonowany głos trafił do reklamy bez zgody właściciela – mamy podstawę do roszczeń. Jeśli posłużył do oszustwa lub zniesławienia – wchodzi już odpowiedzialność karna.
Szara strefa między przepisami
Tyle teoria. W praktyce – jak to w świecie z nowym zjawiskiem bywa – prawo biegnie za technologią z zadyszką.
Nie istnieje żaden przepis, który wprost zabrania klonowania głosu. Branżowi prawnicy debatują, czy głos to wyłącznie składnik wizerunku, czy powinien być odrębnym dobrem osobistym. Ta klasyfikacja ma ogromne konsekwencje – decyduje choćby o tym, czy prawo do głosu można dziedziczyć, czy wygasa wraz ze śmiercią artysty.
Właśnie dlatego sprawa Łukomskiego jest tak ważna. To nie tylko spór o pieniądze między lektorem a spółką. To test, który zmusi sąd do odpowiedzi na pytania, na które polskie prawo dotąd nie odpowiadało. Rozstrzygnięcie może stać się precedensem dla całej branży audio, reklamy i rozrywki.
Ktoś musi być pierwszy. I lepiej, żeby był to lektor z pozwem, niż anonimowy deepfake bez żadnych konsekwencji.
Tennessee uczy Europę, jak to zrobić
Podczas gdy Polska mierzy się z pierwszym precedensem, po drugiej stronie Atlantyku prawo zdążyło już dobiec technologii – i ją wyprzedzić.
W marcu 2024 roku gubernator stanu Tennessee podpisał ustawę o nazwie, której skrót ELVIS jest nieprzypadkowy: Ensuring Likeness Voice and Image Security Act. Cała legislacyjna historia z Elvisem w tle jest tutaj wyjątkowo adekwatna – Tennessee od lat chroniło prawa do wizerunku po śmierci, bo właśnie tam w 1977 roku umarł najbardziej ekonomicznie eksploatowany piosenkarz w historii.
ELVIS Act poszedł jednak znacznie dalej niż ochrona martwych gwiazd. Ustawa tworzy egzekwowalną własność w odniesieniu do imienia, fotografii, głosu i podobizny osoby – i jest pierwszą w Stanach, która wprost chroni przed wykorzystaniem AI do naruszenia tych praw. Nie wystarczy już mówić, że „to nie był prawdziwy głos, tylko jego imitacja”. Jeśli dźwięk jest rozpoznawalnie identyfikowalny z konkretną osobą – podlega ochronie, niezależnie od użytej technologii.
Ustawa jest też wyjątkowo ostra w stosunku do twórców narzędzi. Prawo pozwala na pozwanie każdego, kto udostępnia algorytm, oprogramowanie lub usługę, których głównym celem jest tworzenie nieautoryzowanych nagrań cudzego głosu. To nie tylko kara dla użytkownika klonu – to potencjalny bat na całą platformę, która taki klon umożliwiła.
Co ciekawe, skrót ELVIS nie jest jedyną literacką aluzją w tym środowisku prawnym. Proponowana ustawa federalna nosi nazwę No AI FRAUD Act – czyli mniej więcej: ustawa zakazująca AI-owych fałszerstw. Kongres jeszcze jej nie uchwalił, ale samo pojawienie się takich regulacji w mainstreamie politycznym pokazuje, jak szybko zmienił się klimat wokół tematu.
Co mówi Bruksela
Unia Europejska podeszła do tematu – jak to Unia – przez pryzmat szerszego porządku prawnego. AI Act, czyli Rozporządzenie 2024/1689, wprowadza obowiązek transparentności: podmioty stosujące AI do generowania lub manipulowania treściami, które przypominają realnie istniejące osoby, muszą to wyraźnie oznaczać.
To obowiązek etykietowania, nie zakaz. Masz prawo stworzyć deepfake głosowy – ale musisz powiedzieć, że to deepfake. Słuchacz ma wiedzieć, że to, co słyszy, jest syntezą, nie oryginałem. Jak daleko sięga ten obowiązek, jak szczegółowe musi być oznaczenie i kto go egzekwuje – te pytania będą zaprzątać regulatorów przez lata.
Ciekawsze z punktu widzenia ochrony indywidualnej jest RODO. Jeśli sklonowany głos brzmi tak, jakby mówiła konkretna osoba – a intencją było właśnie jej podrabianie – taki dźwięk jest traktowany jako dana osobowa. Przetwarzanie danych osobowych bez podstawy prawnej narusza RODO. A RODO ma zęby: kary sięgają kilku procent globalnych przychodów firmy.
Twój głos w banku danych przyszłości
Sprawa nabiera zupełnie nowego wymiaru, gdy pomyślimy o tym, co dzieje się z głosami przed klonowaniem.
Modele AI uczą się na próbkach audio zebranych z internetu. Nagrania z YouTube, podcasty, wywiady, audiobooki – to wszystko potencjalny materiał treningowy dla systemów, które nigdy nie pytały twórców o zgodę. Kilka głośnych pozwów w USA (m.in. aktorów dubbingowych przeciwko firmie Lovo) dotyczy właśnie tego: głos użyty kiedyś „tylko do badań” trafił jako model bazowy do komercyjnej platformy generującej podróbki.
To jest moment, w którym prawnicy mówią wprost: prawo nie nadąża za technologią. Nie ma przepisów, które jasno określają, kiedy wolno trenować model na cudzym głosie, kiedy trzeba pytać o zgodę i jak wycenić licencję. Rozwijane są technologie cyfrowych znaków wodnych w plikach audio, które mogą pomóc identyfikować nieautoryzowane użycie – ale to wciąż rozwiązanie techniczne, a nie prawne.
Niektórzy aktorzy i lektorzy wybrali inną strategię: nie walczyć z rzeką, ale ją spiętrzać. Matthew McConaughey, Jeff Bridges i kilku innych gwiazd podpisało oficjalne umowy licencyjne na użycie swoich głosów przez firmy AI. Pewna kontrola, pewne wynagrodzenie. Choć mniej znani kolegowie po fachu przyznają, że licencjonowanie głosu może go wyprowadzić na kompletnie nieoczekiwane wojaże – reklamować produkty, których twórca nigdy by nie poparł.
Banknot czy barwa głosu?
Postawmy pytanie w ten sposób: czy fałszowanie głosu powinno być traktowane jak fałszowanie banknotu?
To prowokacyjne porównanie, ale ma w sobie ziarnko logiki. Banknot chronimy tak surowo dlatego, że jego podrobienie niszczy zaufanie do systemu finansowego – i że każdy jego posiadacz może stać się ofiarą. Głos chroniony jak odcisk palca miałby podobną logikę: jest unikalnym identyfikatorem biometrycznym, a jego podrobienie uderza nie tylko w konkretnego artystę, ale w zaufanie do całego środowiska dźwięku – do reklam, reportaży, audiobooków, podcastów.
Czy dźwięk z głośnika to ktoś prawdziwy, czy maszyna?
Na razie odpowiedź jest: często nie wiadomo. I właśnie dlatego pierwsze wyroki w sprawach takich jak sprawa Łukomskiego będą ważniejsze niż kilometry unijnych rozporządzeń. Prawo zmienia się przez precedensy. A precedensy – przez odwagę tych, którzy idą pierwsi.
Artykuł powstał w kwietniu 2026 roku. Sprawa Łukomskiego przeciwko spółce wodno-kanalizacyjnej jest w toku – wyrok nie zapadł. Stan prawny w obszarze AI zmienia się szybko; informacje aktualne na dzień publikacji.



Oby więcej takich miejsc w sieci.Tekst był wyjątkowo przystępny. Forma i treść – jedno wspiera drugie. Widać, że ktoś tu nie tylko pisze, ale też dogłębnie przemyślał temat.